Pewien etap…

Tegoroczny Bieg Kreta  – ważny etap mojego rozwoju

 

Ciężko zapewne zrozumieć, że traktuję wczorajszy DNF jako w zasadzie sukces. Dlaczego? Bo totalnie zmieniłem do tego typu wydarzeń swoje nastawienie.

 

Zawsze potrafiłem mówić o swoich niepowodzeniach szczerze, bo uważam że bez sensu na siłę lukrować rzeczywistość. To nie bollywoodzki film i śmieszą mnie profile w sieci zorientowane na pokazywanie tylko blichtru, sukcesów i ludzie, którzy uważają, że porażka to wstyd.

 

Ale ten DNF to dla mnie sukces z paru powodów.

 

Po pierwsze symbolicznie zamyka ciężki czas, jaki panował w naszej Rodzinie od czasu choroby mojej Żony. Pokazuje, że mogę już nieśmiało planować, a co ważniejsze realizować swoje plany. Dlatego jak już pisałem: wiedząc, że nie jestem do końca przygotowany trochę na złość losowi spróbowałem zrobić tego Kreta. Bo trzeba zacząć znowu żyć normalnie.

Co nie zagrało: kontuzja nogi, doprawiłem się niechcący małym wypadkiem w pracy. Treningu też brakowało – 600 km po względnie płaskim to za mało. Ale wchodząc w regularny trening nie mogłem sobie pozwolić na zbyt duże obciążenie organizmu górkami. A Kret to góry. Zniszczyły mnie. Do tego lód na podejściu i zbiegu ze Śnieżnika, kolega ze złamanym nadgarstkiem spotkany po drodze  – zacząłem się bać. W końcu zgubienie trasy i dodatkowe 2-3 km. 

Co zagrało? GŁOWA 😉 Może i bolało ale robiłem swoje. Poza jednym małym kryzysem na zejściu ze Śnieżnika byłem spokojny i zmotywowany, robiłem to co sobie zaplanowałem. A plan był prosty: robc wszystko po swojemu, nie patrząc na innych, włącznie z tym żeby nie biec od początku. Tak, bo początek Biegu Kreta to jeden długi podbieg.

 

I gdyby nie kontuzja też pewnie zszedłbym z trasy.

 

Bałem się drugiej nocy w trasie. Pierwsza mnie sponiewierała, było zimno, ciężko, a ja byłem niewyspany. Młoda chorowała i parę nocek przed biegiem nie spałem. I przyznam –  pierwszy raz chyba przysnąłem w marszu i nie do końca jestem pewien, czy czarny kot który przebiegał mi drogę istniał tak naprawdę 😉

 

Ale też świt wynagrodził wszystko. Udało się wyjść z Gierałtowa na 30tym kilometrze, chociaż wszystko krzyczało żeby wrócić do ciepłego pomieszczenia. Ale na horyzoncie już brzask, dookoła śpiew ptaków i magia 🙂

Super czas. 

 

Dociągnąłem do 51 go kilometra, bo autentycznie szkoda było mi schodzić z trasy.

Tym bardziej że końcówkę praktycznie całą przegadałem z poznanym na trasie Pawłem. Dobrze nam się gadało, pozdrawiam Cię Brachu 🙂 Oraz szczególne podziękowania dla Grzegorza, mojego Przyjaciela i supportera 🙂

 

I długo jeszcze będą trzymały te pozytywne emocje.

 

Ale bieganie to nie jakieś tam śmiechy chichy, to poważna sprawa 😉 a skoro nieśmiało mogę planować to planuję. Plan na najbliższy czas? Sudecka Setka w końcówce czerwca. A po drodze dużo treningów w górach. Waga w dół, obciążenia treningowe w górę.

 

A najważniejsze było jedno.

Jak wróciłem, na bramie garażu czekała na mnie taka niespodzianka 🙂

 

Polub nas i podziel się 🙂

Najnowsze wpisy

Kategorie

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *