Rudawy, czyli taki inny Chojnik ;)

Wpis nie będzie długi, bo wolę żeby zamiast słów przemawiały do Was zdjęcia 😉

 

Minął tydzień, a ja dalej mam przed oczami te krajobrazy. Śnieg, kalejdoskop chłodu rano i w cieniu lasu versus patelnia na odkrytych odcinkach… W zasadzie podczas tego biegu odczuwałem wszystkie pory roku 😉

Ale od początku.

Bieg niedaleko, i znajomych pojechało sporo. Mi udało się, i razem z Olą, Mariuszem, Bogdanem, Markiem i supportującym nas Dawidem spaliśmy około 1,5 km od miejsca startu w klimatycznym pokoju typu schroniskowego. Wiecie, piętrowe łóżka, klimat wycieczki szkolnej, takie tam 😉 Dojechaliśmy w piątek wieczorem, z buta pod górkę do schroniska Szwajcarka, bazy zawodów. Tam odbiór pakietów i nawadnianie w miłym towarzystwie 😉 Miło było spotkać Mateusza, jednego z organizatorów, który towarzyszył mi podczas kryzysu na Ultrakotlinie i jednocześnie namówił na ten start – pozdrawiam serdecznie 🙂 Potem chwilka snu i od 5 rano szykowanie się do startu.

Przed siódmą meldujemy się na starcie.

Obowiązkowe fotki, lans musi być 😉

Na starcie biegaczy zagrzewa do boju człowiek wielu talentów, Patyczak, czyli Rafał Kmita – wyguglujcie, bo ciekawa postać.  Na razie jeszcze chłodno, czuć minus i mroźne powietrze, ale za chwilę się rozgrzejemy 😉 Dzień ma być słoneczny, a po drodze oprócz 43 kilometrów czeka nas ponad 2 tysiące przewyższeń.

Start i w drogę. Na początku Sokoliki, Krzyżna Góra i powrót do Szwajcarki, taka mała pętelka 5cio kilometrowa. Tutaj tankowanie flasków, bo już wiem że będzie ciepło i w drogę.

Przed nami zamek Bolczów, trasa prowadzi przez fragment murów, a potem dalej w górę – Mały Wołek i Wołek. A co ważniejsze przełęcz Polana Mniszkowska, gdzie Załoga Górska obsługuje bufet, Masa dobrych rzeczy, jest nawet zimny browarek 😉 Niesamowicie pozytywna ekipa.

Kierunek Kolorowe Jeziorka.

Tuż przed nimi bufet, tym razem organizowany przez Ultrakotlinę. Równie sympatycznie, ale zabawiam niedługo, tankowanie, super pomidorówka i w drogę.  Trasa poprowadzona niesamowicie widokowo, jest nawet jaskinia i przeciskanie się wąskimi przesmykami do góry. Przede mną Wielka Kopa, a ja już powoli czuję w nogach coś koło 19 kilometrów trasy. 

Wielka Kopa okazuje się nie aż taka wielka, aczkolwiek tuż za nią rozpoczyna się trudny dla mnie odcinek. Dookoł biel śniegu a z nieba leje się żar. Jestem jednak ciut za grubo ubrany. W efekcie otwarte przestrzenie na zbiegu z Wielkiej Kopy a potem podejście na Skalniak, najwyższy punkt na trasie biegu powoduje, że flaski niebezpiecznie pustoszeją.

To duże za mną to Wielka Kopa 😉

Skalniak przede mną powoli zaczyna być nużący, ale widoki przepiękne 🙂

 

Na szczęście Skalniak nie jest aż tak ciężki, jak mi się wydawało. Ale też całkiem lekko nie jest  😉 Co by nie było, mozolnie podchodzę, dosyć szybko zbiegam i melduję się na kolejnym punkcie odżywczym. Tankowanie, jedzenie, pół piwa i w drogę.

Rano planem minimum było zmieszczenie się w limicie.

A teraz ni stad, ni zowąd zaczynam myśleć, że zmieszczę się w ośmiu godzinach 😉 Bielec, Dzicza Góra, i zaczyna się zbieg ku mecie. A przynajmniej tak wtedy mi się wydaje 😉

I tu muszę opowiedzieć o organizatorach. Bo to fajni ludzie są 😉 Rudawy robi ta sama brygada, co Chojnik. A na Chojniku końcówka jest charakterystyczna – na długim zbiegu do mety pojawia się znikąd zamek Chojnik, a konkretnie mordercze podejście na rzeczony zamek. A na Rudawach orgowie zafundowali nam coś podobnego. 

Kiedy już witałem w myślach złamane osiem godzin, na długim i miłym zbiegu pojawił się wolontariusz, który skierował mnie w bok, w górę 🙂 Starościańskie Skały – gdybym przejrzał dokładnie mapę, mógłbym się tego spodziewać, ale skupiałem się tylko na wysokich górach 😉  I to był idealny żarcik, idealne podsumowanie całego biegu. Mała pętelka, mocno pod górę, wąski przesmyk pomiędzy skałkami i z powrotem w dół – miodzio 🙂 dziękuję pięknie za to, chociaż kląłem perfidnie 😉

Załapać się na fotkę mistrza Dymusa – bezcenne 🙂

Jest i meta.

Też sadystycznie, bo pod górę, ale znam już teren i wiem czego się spodziewać. 8 godzin i czternaście minut z kawałkiem – rano brałbym ten czas w ciemno. Do tego brak kryzysów, brak skurczy, odpukać zagrało jedzenie, picie, jedynie za ciepłe spodnie spowodowały obtarcia tu i ówdzie 😉 Co najważniejsze dla mnie, bo Rudawy miały być  dla mnie małym testem formy, to był naprawdę spory zapas. Późniejsza analiza, rozmowy z Olgą pokazały, że w zasadzie był to dla mnie dłuższy trening. 

Tętno długiego treningu. No i na poczatku trochę osób mnie wyprzedziło, a potem wyprzedzałem ja 😉 Prawie 30 osób.

To jest też mój problem: tak naprawdę nigdy nie pobiegłem niczego tak ‘do odcięcia’, żeby sprawdzić  gdzie są moje granice… Treningi fizyczne idą bardzo dobrze, czas bardziej popracować nad głową. Chodzi mi po głowie psycholog, tudzież psycholog sportowy – może możecie kogoś polecić?

Ja na pewno mogę polecić Rudawy zimą 😉

Sprawdzona firma, czyli ludzie od Chojnika. Ładna, widokowa trasa. Bufety dobrze zaopatrzone, w odpowiedniej odległości od siebie. Super oznaczenie trasy, na mecie do wyboru parę dań /ja wciągnąłem super pierogi 🙂 /. W pakiecie opaska na głowę i torba na ciuchy. Chyba będę chciał tam wrócić za rok 🙂

 

Polub nas i podziel się 🙂

Najnowsze wpisy

Kategorie

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *