ZUK, czyli chciałem i dostałem ;)

Zimowy Ultramaraton Karkonoski.

ZUK inaczej mówiąc.

To taki bieg, który gdzieś jakoś ciągle krążył na orbicie moich zainteresowań. Ale albo byłem za słaby i nie miałem minimum, albo się nie wylosowałem. Znajomi biegali, ja oglądałem zdjęcia, czytałem relacje i zazdrościłem. Ale nadszedł ten dzień, kiedy na liście szczęśliwców zobaczyłem siebie. I wtedy się przestraszyłem 😉 😀

Z drugiej strony pojawił się jakiś sensowny cel na najbliższe miesiące. Olga, moja trenerka napisała: “No i super, będzie do czego trenować” 😉 Bo ZUK to słowo, które u biegaczy budzi respekt. Ultramaraton poświęcony pamięci Tomka Kowalskiego, który nie wrócił z Broad Peak… Około 2100 metrów w górę, 2400 w dół. Na lekko zmienionej trasie 54,5 kilometrów od Jakuszyc do Karpacza, gdzie najwyższym punktem jest Śnieżka. Końcówka zimy, co oznacza, że można się spodziewać wszystkiego w pogodzie. Tak było i teraz 🙂

Do Karpacza wyruszałem z mieszanymi uczuciami. W moje przygotowania udało się wpleść dwie wyprawy w Karkonosze. Obie wiele mnie nauczyły, a najwięcej tego, że pogoda rozda karty. A prognozy na sobotę nie były zachęcające. Duże wsparcie psychiczne dawał mi fakt, że Silna Grupa pod Wezwaniem ZUKa w składzie Ola, Joasia i Dawid miała mi zapewnić support w czasie biegu i dostarczyć przepak do Domu Śląskiego 🙂

Z drugiej strony liczyłem po cichu na taką pogodę. Chciałem dostać wpierdziel, chciałem poczuć coś nowego, zebrać nowe doświadczenia… Na starcie stanąłem skupiony i pełen respektu. Było zimno, mgliście, padał drobny deszcz. Dookoła masa biegaczy, ognisko, ciepła herbata, atmosfera jedyna w swoim rodzaju. Czasami po prostu czujesz, że dzieje się magia. I tak to wtedy czułem…


Start.

Na początku luźno, zmrożony śnieg, trochę asfaltu, za moment skręt i wszyscy grzecznie truchtają w rządku pod górę. Ten odcinek znam z pierwszej Wyrypy, wtedy było sporo śniegu i bieg był niemożliwy. Teraz jest dosyć twardo, ale i tak do góry grzecznie pnie się kolejka biegaczy, i rzadko kto wyprzedza. Łagodny podbieg, ale staram się nie napalać i trzymam swoje tempo, mam stracha bo wiem, że prawdziwy hardkor jeszcze przede mną. Cały czas siąpi deszcz, nie wiem czy to mgła czy chmury, ale nie wieje. Jeszcze 😉

Jak jest do góry, to musi być i w dół. Zbiegamy wąskim singletrackiem do Kamieńczyka. Zmrożony śnieg wykręca nogi, nie do końca można się rozpędzić, a jeśli już to biegacze troszkę bardziej ostrożni hamują mi drogę. Ogólnie powiem, że zaprocentowały dwie wyprawy w Karkonosze – byłem przygotowany na różne podłoża, na nogach icebug’i, dobre stuptuty, ciuchy i wyposażenie sprawdzone w boju. W chwili obecnej nie zmieniłbym nic oprócz żywienia, ale o tym potem. Znałem też w większości trasę, wiedziałem czego się spodziewać – ZUK  to był start, do którego przygotowałem się jak dotąd najlepiej z wszystkich biegów.

Zaraz po zbiegu mozolny najpierw podbieg, a później podejście pod Halę Szrenicką. Niska widoczność, pada, nieprzyjemnie.

Na Hali krótki popas wbrew planom – niestety musiał koniecznie zwiedzić toaletę 😉 gdyby nie to, od razu uderzałbym w górę. A w górze dopiero zaczynał się prawdziwy ZUK…

Silny wiatr z jednej strony /większość biegaczy miała przemoczoną prawą część ciała 😉 /, czasami prawie zerowa widoczność, i cholera wie czy śnieg czy deszcz zacinający w twarz. Jedyne co trzymało mnie w kupie to ambicja, silna motywacja i tyczki szlaku z wiszącymi żółtymi taśmami, które uspokajały mnie, że jestem na właściwej drodze. Poza tym kompletna deprywacja sensoryczna – dookoła biało, a w uszach szum wiatru, łopot kaptura i gwizd wiatru na kijkach… A same kij wiatr zwiewał mi między nogi, parę razy o mało się przez to z Matką Ziemią nie przywitałem 😉 Parę halunów było, raz rodzinka z wózkiem w dali majaczyła, parę razy ktoś mi zdjęcie z fleszem zrobił, takie tam 😉

 

Tak aż do Odrodzenia, cały czas jestem w limicie, szybki popas i znowu w górę.

Potem wredny trawers, o którym wspominano na odprawie – wtedy go nie skojarzyłem. Parę dłużących się kilometrów na zboczu nachylonym w jedna stronę, nierówny, męczący śnieg pod nogami.  Przynajmniej poprawiła się pogoda, wieje dalej, ale nie pada i dużo lepsza widoczność. Cały czas mijam się z pewnym Panem, sprawdziłem potem, że na imię ma Ricardo i pochodzi Lizbony, ale dla mnie jest Panem Deadly Sins, ze względu na kijki tej marki 😉 I tak będziemy ścigać i mijać się aż do mety, gdzie koniec końców ucieknę Mu na jednym z ostatnich podejść.

 

W końcu zaczyna być równo, i zaczynam wypatrywać Domu Śląskiego. Mam stres, Odrodzenie powinno być na 20stym kilometrze, a było na 22 drugim, jeśli Dom Śląski też jest dalej niż myślałem, to może być kicha z limitem. Na szczęście jest tam, gdzie się go spodziewałem, szybko wpadam do środka, najpierw widzę Dawida a potem Joasię z Olą 🙂 Przepak w zamyśle szybki jest trochę ślamazarny, jest mi miło, ciepło, przebieram się w suche ciuchy, pochłaniam górę kalorii, a pewien specyfik przytargany w góry przez dziewczyny powoduje przypływ dobrego humoru 😉

Dawid zaczyna się ubierać, chce robić za zająca, ja zbieram się do wyjścia, i tak mnie przecież dogoni. Wodę do flasków nalewa mi Krzysztof Gajdziński, czyli Szef wszystkich Szefów na Łemkowynie, więc korzystam z okazji i dziękuję Mu, że wylosował mnie na Setkę w tym roku 😉

Potem wichura i ostre podejście, czyli Królewna Śnieżka oczekuje mnie…

Po drodze witam się i rozmawiam chwilę z Hanią Sypniewską. Za chwile dogania mnie Dawid. A na szczycie wzruszająca chwila – witam się z Tatą Tomka Kowalskiego, który jak co roku stoi na szczycie, wita biegaczy, przybija im piątki i wskazuje kierunek…

Parę fotek i szybko w dół, bo zimno. Lecimy w stronę Jelenki, uśmiecham się bo 3 tygodnie temu biegłem tą samą trasą. Teraz u góry jest bardziej twardo i ślisko, a na dole miękki mokry śnieg także sprawia trudności. Po pewnym czasie zaczyna się wiosna – wiatr przegania ciemne chmury, a słońce mocno grzeje w plecy. Ledwie się obejrzałem a już Okraj, ze sporym zapasem do limitu. Cola, orzeszki, luksus 😉

Już wiem, że skończę w limicie, więc szczerze mówiąc trochę sobie luzuję. Takie było założenie – 5 minut przed limitem i byłbym zadowolony 😉 Jeszcze parę górek, które sadystyczni orgowie umieścili, że by nas zajechać i powoli zbliżamy się do mety. Wokół wiosna, ciepło, nie mieści mi się w głowie że jeszcze parę godzin temu czułem się jak na Alasce. Taki zakręcony dzień, gdzie zmęczenie dodatkowo miesza w głowie…

 

Jeden z wredniejszych podbiegów pozwala mi zostawić Deadly Sins z tyłu 😉 Potem, gdy wydaje mi się, że już tylko w dół, trzeba wspiąć się na Kolorową, aby móc z niej jak najszybciej zbiec. Na dole ostatni psikus Orgów, czyli małe schody 😉 i już pędzę w stronę mety. Dawid dyskretnie zostaje z tyłu pozwalając mi świętować swoje własne zwycięstwo, dziękuję Ci Przyjacielu nie tylko za to, ale za wszystko, za tą wartość dodaną do tego dnia. Wpadam na metę pół minuty przed upływem 10 godzin. Szczęście, może nawet delikatna łezka w kącie oka i witam się z moją Żoną Anią i Grzesiem. Drewniany medal cenniejszy od złota i chwila dla fotoreporterów 😉

Jak podsumować coś, co zajmuje mi teraz jeszcze 95 % głowy w paru słowach? Nie da się 😉 Wielkie dzięki dla mojej Żony, że znosi moje treningi i wspiera mnie w moich marzeniach. Dla mojej trenerki, Olgi Łyjak, która czyta w moich myślach i pomaga mi osiągać moje cele. Dla Oli, Joasi i Dawida, którzy oprócz suchych ciuchów dali mi ogromne wsparcie psychiczne. Zrobiła się z tego mowa, jakbym Oskara właśnie wręczał – ale musicie zrozumieć, że ten bieg to dla mnie jak Oskar – bałem się go, marzyłem o nim, a w końcu go zrobiłem.

 

Technikalia i nie tylko: bieg świetnie przygotowany i zorganizowany. Jest profesjonalnie, bezpiecznie, sprawnie. W biurze, na punktach i na rozdaniu nagród czułem się niesamowicie rodzinnie, atmosfera pierwsza klasa. Oznaczenie trasy bardzo dobre, fajna koszulka w pakiecie, a w losowaniu wygrałem masaż 😉 Wielkie dzięki dla 140sto osobowego teamu organizatorów.

 

Icebugi spisały się świetnie, odpukać żaden kolec nie wypadł podczas skalistych lub asfaltowych odcinków. Ciuchy, plecak, kije itp – przetrenowane wcześniej, więc bez niespodzianek. Flaski zamiast bukłaka strzał w dziesiątkę, nic nie zamarzło, jedynie w jednym wypadła końcówka tuż przed Domem Śląskim. Na Leśniku spróbuję zmienić żarcie – będzie duuużo mniej węgli, bo jak się okazuje średnie tętno całego biegu to 70% mojego HRmax. Będzie więcej soli i elektrolitów zamiast cukru. Policzyłem, że mogłem urwać jeszcze przynajmniej z 20 minut z czasu, jak nie więcej – przy innej pogodzie, albo gdybym  odważnie nie skorzystał z przepaku w Domu Śląskim. Ale celem było ukończenie, a nie kombinowanie tudzież testowanie własnej wytrzymałości.

 

W zasadzie na koniec wypada mi powiedzieć tylko jedno – to był dobry dzień. I już teraz marzę o tym, żebym za rok mógł go powtórzyć 😉

Polub nas i podziel się 🙂

Najnowsze wpisy

Kategorie

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *